Są czasem takie dni, ze nie masz planów. Budzisz się rano z pytaniem na ustach: co dziś robimy?
Szukasz odpowiedzi. Zastanawiasz się czy pójść z dzieckiem do kina, Zoo, sali zabaw czy po prostu
na spacer do parku. Nie możesz się zdecydować bo noc była ciężka, a poranek taki senny… najchętniej chciałoby się poleniuchować w domu. Jednak patrząc na swoje rozbrykane dziecko, spragnione powietrza i nowych wrażeń musisz podjąć decyzję. U nas to krótka piłka. Nie musimy się długo zastanawiać, by wyruszyć z domu. Chociażby na spacer po mieście,
gdzie atrakcją może być wszystko. Bieganie i karmienie gołębi jest już wielkim wydarzeniem. Zaczepianie przechodniów z uśmiechem
na twarzy, czy obiad w restauracji. Lily (jak pewnie większość dzieci) lubi obserwować… dlatego ławka w centrum miasta, gdzie zawsze coś się dzieje jest jak wymarzony My Little Pony. 🙂
Tego dnia nie chciało mi się nawet wrzucić aparatu do torby, ale mąż zrobił to ukradkiem.
Za co mu później dziękowałam. Fajnie było zrobić takie nieplanowane, spontaniczne, miejskie zdjęcia. Takie lubię najbardziej!
Ja wychodziłam z domu z myślą, że nasza biblioteka lifestyle-owych fotografii jest tak bogata, iż aparat uznałam za zbędny. Szczególnie, że wcale nie miałam ochoty tych zdjęć robić…. oczywiście wszystko się zmieniło, gdy zobaczyłam moje biegające, szczęśliwe dziecko.
Morał jest prosty: fajnie jest mieć męża! 🙂




Lily ma na sobie: kurtka:H&M/bluza:Mr.Gugu&MissGo/buty:CCC/czapka:WePeaceIt(kupiona tu)

