Menu
MAMA / NAJNOWSZE / PRZEMYŚLENIA

Jak wyglądał mój poród

Choć od porodu minął miesiąc, pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Wiem, że wiele z Was czeka na ten post. Jednak potrzebowałam chwili, by móc na spokojnie opisać to ważne wydarzenie z naszego życia. Wiem, że są też tacy, co powiedzą: „po co opowiadać o tak intymnych chwilach, nie lepiej zachować je dla siebie?” A no właśnie nie lepiej, bo takie właśnie wpisy, prawdziwe, bez słodzenia, przekłamania, pomagają innym przyszłym mamom, które boją się tej wielkiej niewiadomej. Sama pamiętam, jak przy pierwszym porodzie poszukiwałam w internecie takich blogowych wpisów, które mogłyby pokazać prawdziwe chwile, prawdziwej kobiety, a nie takie typowo poradnikowe pitolenie. Poza tym mój drugi poród, mimo komplikacji, które się pojawiły, był dobrym porodem, o czym zaraz Wam opowiem. Na ogół przyszła mama słyszy same straszne rzeczy o porodzie, nastawiona jest na najgorsze piekło, a jak się okazuje, jeśli dzieciątko jest zdrowe i ciąża przebiega prawidłowo, nie ma się czego bać. Poród boli, ale ma boleć. Posłuchajcie, jak to było u mnie.

 

Postanowiliśmy, że Lily tydzień przed wyznaczoną datą porodu pojedzie do dziadków. Niektórzy byli w szoku, jak to, dlaczego wysyłamy dziecko na wakacje w tak ważnym dla naszej rodziny momencie? Tym wszystkim zszokowanym już tłumaczę. W Warszawie nie mieliśmy nikogo, kto mógłby się nią zająć na czas mojego pobytu w szpitalu i to był tak naprawdę główny powód, dlaczego podęliśmy taką, a nie inną decyzję. Co w momencie, gdyby poród zaczął się w nocy? Zrywać młodą z łóżka, zabierać do szpitala, prosić nowych sąsiadów o opiekę? Ktoś powiedział, że mogłam rodzić bez męża. A no mogłam, ale nie chciałam. I chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że w takim momencie chciałam się czuć bezpieczna, a ja się z mężem tak właśnie czułam i czuję. Lily u dziadków też czuła się wyśmienicie. Była szczęśliwa, że może spędzić tydzień ze swoją cioteczną siostrą i zwierzakami, których tutaj w Warszawie jej brakuje. Jedyny minus jej nieobecności był taki, że bardzo tęskniłam i kiedy wyszliśmy z Lwem do domu, codziennie płakałam i nie mogłam się doczekać, aż mąż przywiezie ją do domu. Takie rozwiązanie naprawdę dobrze się sprawdziło, więc jeśli czyta to jakaś przyszła mama, która zastanawia się, co zrobić ze starszym dzieckiem na czas porodu, to nie bójcie się rozstania. Nie miejsce wyrzutów sumienia. Wasze dziecko u dziadków będzie bezpieczne, a wy będziecie mieli czas na powitanie i zapoznanie się z nowym członkiem rodziny. Rozczula mnie widok starszego rodzeństwa, które przychodzi w odwiedziny do szpitala zobaczyć młodszego brata czy siostrę… w szpitalu, w którym rodziłam, nie ma na to przyzwolenia. Dzieci do 10 roku życia mają zakaz wchodzenia na oddział. I doskonale to rozumiem, bo takie przedszkolne maluchy rozsiewają masę wirusów, co jest szalenie niebezpieczne dla takich maluszków.

 

 

 

 

Kiedy starsza córka była u dziadków, my mieliśmy kilka dni na przygotowanie się przed godziną 0, ale też na odpoczynek. W końcu trzeba przygotować swój organizm na wielki wysiłek, który czeka nas podczas porodu, a potem, jak to mówią, na nieprzespane noce. Chociaż ja nie mogę narzekać, bo Lew od urodzenia jest wielkim śpiochem!

 

I tak sobie tych kilka dni odpoczywaliśmy, spacerowaliśmy, trochę też pracowaliśmy… pewnego wieczoru po spacerze zaplanowałam oglądanie seriali, weszłam do salonu i kiedy chciałam usiąść na kanapie, coś pociekło mi po nogach. Odeszły mi wody, powiedziałam ze spokojem do męża i poszłam do łazienki się wykąpać. Paweł zrobił wielkie oczy i powiedział „Ale to już? Co robić?” Odpowiedziałam, żeby zamówił taksówkę i za godzinę jedziemy do szpitala. Byłam podekscytowana, ale dość spokojna jednocześnie, ponieważ nie miałam żadnych skurczy i wiedziałam, że do porodu na pewno jeszcze trochę. Przecież takie sceny, że rodzisz w taksówce to tylko na filmach. Wzięłam prysznic, zaraz potem mąż walizkę pod pachę i wsiedliśmy do taksówki. W szpitalu nie było kolejki, więc od razu mnie przyjęli… ciśnienie miałam tak wysokie, że musieli mierzyć je trzy razy. A przecież byłam taka spokojna… emocje wzięły górę. A tu InstaStory z tego dnia:

 

 

Po badaniu okazało się, że wody płodowe są w normie, rozwarcie 3 cm, a na ktg nie zapisywały się żadne niepokojące skurcze. Stwierdzili, że bez sensu, żebym zostawała w szpitalu, bo gdyby coś się rozwinęło, to spokojnie zdążę dojechać. Także to był fałszywy alarm, a pół Instargama już żyło ze mną narodzinami małego Lwa.

 

I tak mijały kolejne dni, ja nie mogłam się już doczekać, tak bardzo chciałam poznać się z moim synkiem. A poza tym moje nogi były już tak spuchnięte, że zwyczajnie miałam dość takiego stanu. Jednak malutki uparciuch siedział sobie grzecznie w brzuszku i czekał na odpowiedni moment. Ja zestresowana faktem, że jak poród nie zacznie się sam, to będą go wywoływać, byłam załamana. Tak bardzo nie chciałam powtórki z rozrywki sprzed niespełna siedmiu lat. Pierwszy poród nie był dla mnie łatwy. Cały dzień w męczarniach. Tamten dzień, mimo upływu czasu, pamiętam bardzo dokładnie. Mówią, że poród wywoływany oksytocyną boli bardziej i faktycznie jak mogę teraz porównać, to ten wywoływany zniszczył mnie fizycznie bardzo. Psychicznie też, bo poza mężem nie miałam żadnego wsparcia. Co prawda wykupiłam usługę położnej i jednoosobową, piękną salę… jednak piękna sala to nie wszystko, a wykupiona na chybił trafił położna okazała się niewypałem. Może Wam kiedyś o tym opowiem, ponieważ to jest historia na oddzielny post.

Obudziłam się w piątek w dość dobrym humorze, ale czułam się jeszcze bardziej spuchnięta, choć wydawało mi się, że już bardziej się nie da. Miałam dziwne przeczucie, że to dziś. Nawet sobie żartowałam tego dnia, że moja twarz zwiastuje, iż poród jest już blisko.

Tego dnia miała wpaść do nas przyjaciółka, zaplanowaliśmy sobie wieczór przed TV z nachosami i popcornem. I tak było. Spotkaliśmy się chwilę po 21, zrobiliśmy ulubione guacamole, włączyliśmy film i zaczęliśmy oglądać… Nagle, przekręcając się na łóżku, co było już nie lada wyzwaniem, z takim wielkim brzuchem usłyszałam takie strzyknięcie, wiecie takie jakby w kościach, ale na dole brzucha. Wstałam z łóżka, by udać się w stronę toalety i nagle powtórka z rozrywki, poczułam, jak coś cieknie mi po nogach, ale z podwójną mocą, niż te kilka dni temu. Nie miałam wątpliwości, że to wody, choć pewna też tak na 100% nie byłam, bo w ciąży z Lily pęcherz przebijali mi podczas porodu (moja trauma z pierwszego porodu). To było dla mnie nowe doświadczenie. Wzięłam prysznic, a nawet dwa albo 3, bo ciągle te wody odchodziły… poprosiłam Kingę, by wyprasowała becik, który rano uprałam, bo akurat tego dnia Paweł odebrał go z poczty. Rano śmiałam się jeszcze, że Lew czeka na becik, bo od tygodnia prosiłam męża, by go odebrał, ale ciągle było mu nie po drodze. Trochę się stresowałam, bo wiedziałam, że to była ostania rzecz do zapakowania do szpitalnej walizki.

Ciocia nagrywała w między czasie:

 

Po godzinie byliśmy już w taksówce i jechaliśmy na porodówkę. Tym razem dalej nie miałam skurczy, bardziej takie bóle jak na okres. Zostawili mnie w szpitalu, ale po dwugodzinnej obserwacji stwierdzili, że idę na patologię, a jak do rana nic się nie zacznie, to będą poród wywoływać. I tak mąż ok. 2 w nocy pojechał do domu, a ja zostałam w szpitalnej sali sama z myślą, że położę się spać. Za oknem burza, mi bardzo gorąco, dobrze, że miałam toaletę naprzeciwko sali, bo ciągle do niej biegałam. Wiedziałam, że to już. Nie usiadłam ani na chwilę. Stałam przy łóżku, a raczej wisiałam na wpół zgięta z telefonem w ręku i sprawdzałam, czy te bóle, które nazwali przepowiadającymi, nie są przypadkiem regularnymi skurczami. Tak się złożyło, że zapisywałam je w wiadomości do P., więc mam na pamiątkę.

Nie wiem, jak to się stało, ale podczas liczenia skurczy, które były już co 2 minuty udało mi się zasnąć, tzn. przysnąć na chwilkę. Na stojąco oczywiście. Kiedy tak sobie czekałam na kolejny skurcz i w myślach mówiłam „Lewku, już niedługo się zobaczymy”, bo ta myśl pomagała mi przetrwać ten ból, zasnęłam. Sama nie wierzę, że to zrobiłam.

 

Patrząc na skurcze, które udało mi się zapisać, wiedziałam, że to są „te” skurcze. O godzinie 5 zadzwoniłam magicznym przyciskiem po pielęgniarkę.

– Co tam Kotuś?
– To chyba już… wyszeptałam.
– Chodź, sprawdzimy.
I już nie było żadnych wątpliwości.
– Jedziemy na porodówkę. Siadaj na wózek, powiedziała położna.
Spytałam tylko, czy to konieczne, że może dojdę.
– Nie ma mowy, siadaj, trzymaj dokumenty i jedziemy.

Za chwile byłyśmy na dole, między czasie zadzwoniłam po Pawła, żeby się zbierał, bo to już. Był u mnie dosłownie w 15 minut.

Zanim przejdę do całej akcji porodowej, muszę to tutaj napisać. Nigdy nie spodziewałabym się takiej opieki w szpitalu Państwowym. Słuchajcie, tam pracują Anioły, nie ludzie!
Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy wykupić usługi położnej i wiecie co? Nie wykupiłam, bo nie miałam dobrych doświadczeń z poprzedniego porodu. Stwierdziłam, że co ma być, to będzie. Poza tym, jeśli zastanawiacie się nad taką usługą, to myślę, że ma ona sens tylko przy pierwszym porodzie, kiedy to faktycznie nie wiemy, co nas czeka. Koniecznie jednak wybierzcie położną z polecenia, sprawdzoną, bo losując i wybierając na czuja, możecie się nieźle zawieźć… tak jak ja siedem lat temu. Długo też zastanawiałam się, czy rodzić Lwa w tym samym szpitalu co Lily… wybrałam inny z różnych względów, ale głównie z powodu bardzo dobrych opinii o pracownikach. Choć warunki sanitarne nie były idealne, bo szpital jak z PRL-u, to opiekę miałam najlepszą pod słońcem. Wartą miliona monet. Myślę, że lepiej nie mogłam trafić.

 

Mam wrażenie, że skurcze bolały tysiąc razy mniej, niż te po oksytocynie siedem lat temu. Cała akcja rozwinęła się dość szybko, bo kiedy zjechałam na porodówkę, to miałam już pełne rozwarcie. Czekaliśmy na skurcze parte, które jak na złość nie przychodziły… malutki już siedział i był gotowy do wyjścia, było widać główkę. Dostałam oksytocynę, by przyśpieszyć skurcze parte, ale nic się nie działo. Leżałam i czekałam. Słyszałam za ścianą, jak nazywają mnie cichą pacjentką. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, znalazł się nawet czas na pogaduszki i żarciki, co mega rozluźniało stresującą dla mnie sytuację. Położne były bardzo pomocne, mówiły jak oddychać, myły, jak tylko była taka potrzeba, czułam się bardzo dobrze. Nie wiedziałam, że podczas porodu, mimo bólu można czuć się tak komfortowo. Paweł ciągle trzymał za rękę. Czekaliśmy.

 

Wiem, że w tym szpitalu nie podają gazu rozweselającego, dlatego też wielkie było moje zdziwienie, kiedy to położna założyła mi maseczkę na buzię i kazała oddychać. Spytałam, ale po co? Nagle zrobiło się wielkie zamieszanie, położne nerwowo spoglądały na monitor i zapis ktg, nagle spokojna sala porodowa zamieniła się w najbardziej ruchliwą ulicę Londynu. Wyprosili Pawła, wbiegło kilku lekarzy i zaczęła się akcja. Mały tracił tętno i owinięty był pępowiną. Potrzebne było Vacuum, które w tamtym momencie nie wiedziałam, czym dokładnie jest. Byłam w szoku, ale spięłam się i współpracowałam. Udało się, nie chcę tej całej sytuacji opisywać ze szczegółami, ważne, że wszystko się udało.

 

Tysiące myśli przebiegało przez moją głowę, nie chcę pisać, o czym myślałam. Tak bardzo się bałam… nigdy w życiu nie czułam takiego strachu. Nikomu nie życzę takich emocji. Kiedy wszystko się udało i położyli mi syna na piersi, odetchnęłam z ulgą, ale byłam przerażona jednocześnie, tym co się wydarzyło. Ciepło małego ciałka ogrzało moje serce. Łzy szczęścia spływały po policzkach. Wydarzył się cud, nasz mały Cud. Jeszcze długo nie mogłam uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się w ciągu godziny. To była najdłuższa, ale i najpiękniejsza godzina w moim życiu.

 

Jeszcze, kiedy to piszę, płaczę po cichu, jak wielkie mieliśmy szczęście. Personel zareagował szybko. Teraz z perspektywy czasu wiem, jak bardzo to było ważne. Nie było czasu na uspakajanie spanikowanej matki, nie było czasu na tłumaczenia, trzeba było działać. Bałam się, ale wiedziałam, że jestem w dobrych rękach.

Do końca życia będziemy pamiętać ten dzień. Jestem wdzięczna wszystkim położnym, lekarzom, którzy byli w tym dniu przy nas. Do końca świata i jeszcze dzień dłużej będę chwaliła porodówkę na Starynkiewicza!

 

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Aleksandra
Aleksandra
3 października 2018 14:45

Wspaniałe zdjęcia i gratuluję serdecznie 🙂

Pięknie prezentowałaś się w ciąży 🙂 szczególnie w pasiastej sukience (podobne kiedyś widziałam wsklepie z odzieżą ZOiO).